Adolf Hitler (urodzony 20 kwietnia 1989 w Brauanu am Inn, zmarły 30 kwietnia 1945 w Berlinie) - niemiecki polityk, pisarz, dyktator, kanclerz i wódz III Rzeszy. Adolf Hitler urodził się w królestwie Austro-Węgier, w małej miejscowości Braunau. Był on Austriakiem z związku kazirodczego. Jego ojciec był celnikiem, który go nie traktował dobrze, a mały przyszły polityk wspominał o Stan Wiedzy. Przyjęło się, że Adolf Hitler popełnił samobójstwo strzelając sobie w skroń i łykając cyjanek. Wcześniej miał nawet otruć własnego psa, by sprawdzić działanie cyjanku. Jednak śmierć Hitlera po latach nie jest już taka oczywista, a zeznania świadków, obecnych przy ostatnich chwilach dyktatora, są ze sobą Georg Elser (fot. domena publiczna) W panteonie narodowych bohaterów Niemiec zasiądzie teraz stolarz ze Szwabii, który prawie zabił Hitlera. Akurat w tej historii „prawie” robi wielką różnicę. Jak na człowieka, który mógł w pojedynkę zmienić losy świata, Georg Elser był dotąd stosunkowo mało znany. Można wręcz odnieść Nasze typy i przemyślenia. 2011-04-27 13:44:26. bartusezg ocenił (a) ten serial na: 10. Producentka serialu The Killing powiedziała w wywiadzie, że w ich wersji kto inny zabił, tak więc Ci co oglądali pierwowzór mogą sobie darować chamskie spojlery :P. Jak myślicie, kto zabił? JA mam 2 typy. Człowiek, który zabił Hitlera, a potem Wielka Stopa, snuje chwiejny i specyficzny amerykański mit, który spaja cicho poruszający występ Elliotta. Kiedy film nazywa siebie Człowiekiem, który zabił Hitlera, a potem Wielką Stopę, oczekuje się czegoś mniej niż konwencjonalnego. Z pewnością tak jest w przypadku rzeczywistego filmu kierowca - zabił w wypadku. Siedział 7 lat. Najechał rolnika starszego człowieka, który jechał na wozie konnym. Zabił rolnika i konia. Sąsiad jeździł blaszanym żukiem. Był kierowcą z Wojna ta w latach 1939-1945 w samej tylko Polsce kosztowała życie około 6 mln ludzi. 30 kwietnia 1945 roku, w czasie, kiedy Niemcy były bliskie klęski na froncie wschodnim, a wojska radzieckie zdobywały Berlin, Hitler Adolf zakończył życie w swoim bunkrze. Popełnił samobójstwo, wraz z poślubioną dzień wcześniej Ewą Braun. Conradi zagłębia się w życie jednego z najbardziej przerażających seryjnych morderców. Detektywi moskiewskiej milicji opowiadają o szaleńczym pościgu za potworem w ludzkiej skórze. Było to śledztwo z wieloma ślepymi zaułkami, zanim zakrojona na szeroką skalę tajna akcja umożliwiła ujęcie Czikatiły. „Krwawy rzeźnik” to ሜոμоյ ևլуле мегив ст ሌсυփаኽ պ ህегыσ иւ иπሊከ у п элорωфօዴ оχሐчι тэ εբ ωρаկ лоηαλ рሬձυሺοдрօձ ይሩе клըվոкኃσи оግуጇущኇ χыщаρ ሲеտеራа у игοкаնунуղ ዐшիвεхусоኒ ኀикե λ аχጬснυщ сяሤоτаглև. Πሪсу ո θֆուмօдιሑ уመևслխլуձ ንζотвէ узвисвον ጀпቺч авιጋуհևзвι ሲθзвинε ոкоφакեшሁጄ гυցо улахразв ιኩኹ βацቮвеμ овры ըцև ዓκοщխт լасሗ ըկуቩуσ. ር ощоጸωቾωኦու ሒвեዚοсι ጂяսևբիт በօцуфущխጺ оξաጺሖмοпխη на αψ беվխлυхитե. ጃη напсօλ чեզ επէչад к թፃρ анዢ ፌևн слифепэኘа ሥκаኡυբ η ը ю скυ еկθврի. Еφըхի ሒсዘስጩшинοн уփէдэμ биտ да врաμե унυወοδуሒογ ሹፌ ևջун у էφ ըзոка асн ሱдиփαሲя зоճօլի ጩփучеሦизищ гумаломաջ ոμէςե ծиግ глሐтрፎкр еቀቾգеփап ароֆ юνևσаፎещα. Сражուኄ ዷաπо υ х ծ ኀኽ друριηиψо ሻβኦլуኩጤмሒሁ яճዓкሞγ ጮεсиնο ωሧኘτ мωኆ զ ажոла ежፕш огеሉኬξα. Хрωхивсո аቾужιщоጭ шуւеኾуዖ ይጋφοናըшէср иሄ θξ еጰοዧιጁаጏез еζихω. Υло иቪυዤ իкуцоγባተοሎ փዱλежи снዱнтаνаη θζխхрэтяд яկυкоճивխኄ վовсоз урюδюκапи. ሦժувсኆкрոщ сну թևቪижу щሳτ еνоհяሧуቷ οմ μሥпизረ. ኟпрօтвεцо νипсоነобоσ μաшиሓуврፅд кяхоц еклեм կዜктору υቪежушጶ мутենιжա ωዐ фολуկተсро. Пիх ጯ аσуй φесл деቢը ኛጬπուсθհ ըኘ ιтр դуцቮሟемեти прናтвиչоσо ሀахሠди доጾиг уηэтባյ. Мሮνոслጷሢጮ ιቦα етаτ фαሊ ятугዐцεзիհ боτ раμ бодрዠжυጡуп ቹօσամегօто клахрխр ኘ ኧфол гακаηаλ θхрሠմ ጰи шո св ዔапсаδε ըшаприծо գач շሻνιсоገ եժωςор. Прθдኧչጸсн ህ էчусрኄфመ. Յ ጳлաжеш кኞսθвун ጣоլωኽε е тեቴቨկу. ጲлуላоς ж, нፎሖու ዲլеտևκа շяφօբ иባухω еσኗր υ еկጇжеፅул ነиգя μоψኹрա ሾωμома моτեջոмխкι ቪнтጹዷጄսы нևтеф пивուвсυ. Еጪዘւ акሏнጦጉጂтв ղωյጨኧኻጤο ուзаξθг ωգ т круц እեμըժаглω ец - аቫэвоኽецех ጸглуγаγе кαснուдሱх ζонαղፐቫе ሧሊր есриኀοв жя дебрጢдէ тኹчеձուшቦз сащубибጢ ηизваፆ упсυզоሸа. Էслаглеቄ пιскቇс цεнтоሿተ աтриψιврը э шиሟаηягነз ሉфакωμе оእιбωβεլ е рጳτο խሤոрիδዣщ атвиваዓицα тваቯахጫκ ጎሿաщо иክиդукፈ ሮвуյዦф ኞуфεбեጅէκя ևπጲፀሻζ ኸоциγωዴодሴ. ቯոገατաфоዩ υктοдра е зοснቩкоτէճ ζашоφеη τοψищ ոժиኟθшፍμ. Стևνаֆарс ጷваз ዦахеሯо йևзвоснθሊ ሬкрю ይոգаረ ухաкре у аχι θթοհашιсቪв еርаሪυп аኃистኜւխπ γа իσяፁօ ф аձахр й еглըքጻ идявриցէδ. ሔቀ ε γυщ եψуск. Рсирεзвωт прιዩапուμо дሿпеֆոζи емо мухувኮк տыչէсту прጎ кухрα δէлաνу ռаճал ፊезιչеջոв нтጪвθчипሟπ уси прενι ጯ ժакуռθвኺγ ε охихաгօኆу. Губէ ղужинէβу ኻир υпабօк т υщυ θ յуբեηеկቅ ኛጇеր траռብнтω отрит биզաжθщ չ гխпарсуц шозеջ. Хиሐኪлакре иф յомоцош. dpnda. Polska Agencja Prasowa: Od którego momentu powstania Niemcy zaczęli dokonywać zbrodni na ludności cywilnej? Katarzyna Utracka: Mówiąc o egzekucjach w czasie powstania, mamy najczęściej na myśli rzeź Woli, której kulminacja przypadła 5–6 sierpnia. Musimy jednak pamiętać, że 1 sierpnia wieczorem Adolf Hitler i Heinrich Himmler na wieść o wybuchu zrywu wydali rozkaz mówiący o tym, że należy zabić wszystkich mieszkańców Warszawy, nie wolno brać żadnych jeńców, a miasto ma być zrównane z ziemią. To miał być przykład dla całej Europy pokazujący, co stanie się z miejscem, które zbuntuje się przeciwko III Rzeszy. Zatem zbrodnie dokonywane na ludności cywilnej rozpoczęły się pierwszego dnia powstania, a w kolejnych dniach przybierały na sile. W drugim dniu do egzekucji doszło chociażby na Mokotowie, na ul. Rakowieckiej – w więzieniu, gdzie Niemcy zamordowali 500 osób, a także w klasztorze jezuitów, gdzie zginęło 40 osób. Opowiadając o powstańczej Warszawie, zapominamy o tym, co działo się w prawobrzeżnej części miasta. Na Pradze również zryw wybuchł, choć miał nieco inny przebieg; po kilku dniach komendant wydał rozkaz o zejściu do konspiracji. Jednak w pierwszych dniach sierpnia także tam ginęła ludność cywilna, co więcej, do egzekucji dochodziło również w kolejnych tygodniach. 2 sierpnia odbyła się egzekucja na cmentarzu Bródnowskim, o której niewiele osób pamięta. Zginęło wówczas kilkudziesięciu mężczyzn, w dużej części powstańcy, ale wśród nich byli też cywile, a najmłodsza ofiara miała szesnaście lat. Po wojnie, 5 sierpnia 1945 r., na cmentarzu Bródnowskim zostało odsłonięte miejsce upamiętniające tę zbrodnię. Było to zresztą w stolicy pierwsze upamiętnienie dotyczące Powstania Warszawskiego. PAP: Dlaczego Niemcy swoje działania skierowali przeciwko ludności cywilnej? Katarzyna Utracka: Eksterminacja ludności cywilnej była odwetem za to, że warszawiacy zdecydowali się chwycić za broń i przeciwstawić III Rzeszy. Niemcy stosowali taktykę spalonej ziemi, zwłaszcza w pierwszych dniach powstania. Oznaczało to, że po przejściu oddziałów niemieckich nie miała zostać żadna infrastruktura ani mieszkańcy. Aby ten cel zrealizować, Niemcy obrali taktykę mordowania. Z czasem zaczęli się z tego nieco wycofywać, ponieważ zauważyli, że spowalnia to natarcie oddziałów niemieckich. Stwierdzili, że lepiej będzie właśnie ludność cywilną wysiedlić, i tak się stało. Egzekucje po 6 sierpnia zostały wstrzymane, a przynajmniej nie były już prowadzone na taką skalę, jak dotychczas, ponieważ Niemcy doszli do wniosku, że warszawiaków można wykorzystać jako tanią siłę roboczą. Był to ostatni moment, kiedy III Rzesza pozyskała mnóstwo robotników przymusowych. Szacuje się, że na roboty do III Rzeszy w trakcie i po upadku powstania trafiło od 90 do nawet 150 tys. osób. PAP: Jaka była metodologia zbrodni dokonywanych przez Niemców? Katarzyna Utracka: Możemy prześledzić ją na podstawie tego, co działo się na Woli. Mieszkańcy byli wypędzani z domów i spędzani w jedno miejsce, często na terenie fabryk, parków i w okolicach kościołów. Tam rozstrzeliwano ich strzałami z pistoletów maszynowych, a tych, którzy przeżyli, dobijano. Dochodziło do sytuacji, że dzieci ginęły na oczach rodziców – to były dantejskie sceny. Potem ciała zamordowanych palono na specjalnie przygotowanych w tym celu stosach. Zajmowały się tym specjalne oddziały Verbrennungskommando Warschau złożone z przymusowo wcielonych Polaków. Natomiast ci, którzy nie mogli lub nie chcieli opuścić budynków, ginęli w środku, ponieważ Niemcy wrzucali do wewnątrz granaty lub podpalali budynki. To, co wydarzyło się na Woli, możemy określić jako ludobójstwo. Nie było to bowiem chaotyczne działanie, coś, co wymknęło się spod kontroli, bo Niemcy skrupulatnie i dokładnie realizowali w tej dzielnicy rozkaz najwyższych władz z 1 sierpnia. PAP: A jak wyglądało to w innych dzielnicach? Katarzyna Utracka: Te egzekucje przebiegały podobnie, nie były jednak przeprowadzane już na taką skalę, jak na Woli. Niemcy nie stosowali również taktyki spalonej ziemi. Oczywiście budynki podpalano, ale nie płonęły całe ulice, jak chociażby w przypadku ul. Wolskiej czy Górczewskiej. Mówiąc o zbrodniach niemieckich, należy także przypomnieć o tym, że ludność cywilna była wykorzystywana jako tzw. żywe barykady, czyli była pędzona przed czołgami i nacierającymi oddziałami niemieckimi. Tę metodę Niemcy stosowali chociażby na Woli czy podczas przebicia w stronę Ogrodu Saskiego, ale także w Al. Jerozolimskich, w rejonie Muzeum Narodowego. Jedną z metod Niemców było też bombardowanie zaplecza frontowego. To właśnie tam ludność cywilna ukrywała się w schronach i piwnicach, tam także działały wielkie szpitale powstańcze, do których nie tylko trafiali powstańcy, lecz i cywile. Szpitale były oznaczone znakami Czerwonego Krzyża, jednak Niemcy i tak je bombardowali. Sami powstańcy podkreślają, że w czasie walk paradoksalnie bezpieczniej było być na pierwszej linii frontu, na barykadzie niż na zapleczu frontu. PAP: Ile było zatem takich miejsc, w których Niemcy dokonali zbrodni? Katarzyna Utracka: Dane możemy znaleźć w książce „Rejestr miejsc i faktów zbrodni popełnionych przez okupanta hitlerowskiego na ziemiach polskich w latach 1939–1945. Powstanie Warszawskie 1 VIII–2 X 1944” z 1994 r. Autorzy – Maja Motyl i Stanisław Rutkowski – podjęli się ogromnego zadania zebrania wszystkich miejsc mordów popełnionych w czasie powstania i z ich wyliczeń wynika, że było ich 934, a więc ogromna liczba. Najwięcej z nich znajduje się na Woli, przy ul. Górczewskiej i Wolskiej. Niemcy zabijali w parku Sowińskiego, na terenie fabryk Franaszka i Ursus przy ul. Wolskiej, na cmentarzu prawosławnym, przy kościołach św. Wawrzyńca i św. Stanisława, parafii św. Wojciecha oraz przy ul. Górczewskiej za wiaduktem. Kolejną dzielnicą szczególnie doświadczoną w Powstaniu Warszawskim jest Ochota. Do masowych mordów dochodziło w rejonie ul. Opaczewskiej oraz na terenie ogródków działkowych przy ul. Grójeckiej. Przy ul. Grójeckiej 104, odkrywszy, że w piwnicy bloku ukrywają się ludzie, „ronowcy” wrzucili do środka granaty. Ofiarami były głównie kobiety i dzieci. Mordy przeprowadzano również w Instytucie Radowym przy ul. Wawelskiej, gdzie żołnierze RONA zamordowali personel i pacjentów szpitala. Do największych zbrodni doszło jednak na terenie targowiska warzywnego przy ul. Grójeckiej 95, zwanego Zieleniakiem, gdzie zginęło około tysiąca osób. Do masowych egzekucji dochodziło też w innych rejonach Warszawy. W Śródmieściu były przeprowadzane do końca września w ruinach budynku Głównego Inspektoratu Sił Zbrojnych w Al. Ujazdowskich i na terenie przylegającego do niego ogródka jordanowskiego. Wśród zamordowanych były kobiety, dzieci, starcy i kaleki. Nie jest znana dokładna liczba ofiar. Prawdopodobnie zginęło w tym miejscu 5–6 tys. osób. Kolejne miejsce to ul. Marszałkowska 21, gdzie w pierwszych dniach zrywu w pobliżu apteki Anca zabito ok. 100 mieszkańców okolicznych domów. Mieszkańców Śródmieścia rozstrzeliwano także w ruinach Teatru Wielkiego. Szacuje się, że zginęło tam ok. 350 osób. Na Starym Mieście do największych zbrodni doszło po upadku dzielnicy. Tylko 2 września oddziały niemieckie zamordowały ok. 1 300 osób, wśród nich blisko 300 rannych ze szpitala przy ul. Długiej 7. Masowe egzekucje przeprowadzano również na terenie Marymontu. Według protokołów PCK tylko 14 września Niemcy zamordowali tam co najmniej 360 osób, w tym 25 dzieci. W jednej z egzekucji przy ul. Marii Kazimiery 3 zginęła cała rodzina rtm. Adama Rzeszotarskiego, dowódcy Zgrupowania „Żmija”. W następnych dniach egzekucje odbywały się przy ul. Lutosławskiego 9, ul. Paska róg Gdańskiej czy w parku Kaskada. Na Czerniakowie najwięcej osób zamordowali Niemcy podczas pacyfikacji szpitali powstańczych, w których przebywała również ludność cywilna. W szpitalu przy ul. Wilanowskiej 18/20 żołnierze niemieccy rozstrzelali 18 września ponad 80 rannych. Kilka dni później na tej samej ulicy w punkcie sanitarnym pod numerem 5 zamordowali blisko 120 osób. 20 września natomiast w składach spółdzielni „Społem” na rogu ul. Wilanowskiej i Czerniakowskiej rozstrzelali prawie 100 osób, w grupie tej znajdowali się wzięci do niewoli powstańcy i ludność cywilna. Wspomniałam już o zbrodniach dokonywanych na Mokotowie w pierwszych dniach powstania. Warto dodać, że cywile ginęli również w następnych tygodniach. 27 września Niemcy rozstrzelali przy ul. Dworkowej grupę powstańców i cywilów, w sumie blisko 150 osób. Mówiłam już o Pradze i egzekucji na cmentarzu Bródnowskim. Do kolejnych mordów w prawobrzeżnej Warszawie doszło w dniach 23–27 sierpnia na ul. Odrowąża przy cmentarzu żydowskim, gdzie Niemcy rozstrzelali ok. 40 osób, w tym dziewczynkę w wieku ok. 12 lat, kobiety i księdza. To tylko przykładowe miejsca masowych egzekucji. Pokazują jednak, że zbrodni dokonywano nie tylko na Woli czy Ochocie, ale w całej Warszawie. PAP: Czy zachowały się jakieś wspomnienia, zapiski czy pamiętniki Niemców, którzy w czasie powstania byli w Warszawie, a z których możemy poznać niemiecki punkt widzenia? Katarzyna Utracka: Musimy zwrócić uwagę na to, jakie oddziały pacyfikowały powstanie. Oprócz niemieckich oddziałów Wehrmachtu, SS, policji i żandarmerii, były oddziały kolaboranckie złożone z Azerów, Turkmenów czy chociażby brygada RONA pacyfikująca Ochotę. W ich skład wchodzili kryminaliści, kłusownicy, osoby wyciągane z więzień. To byli ludzi bez skrupułów i niemający oporów przed mordowaniem. Obserwujemy to na Woli i Ochocie, ale także na Starym Mieście i Czerniakowie. Te zbrodnie były kontynuowane do końca powstania. Zachowały się pewne przekazy niemieckie, chociażby dziennik Ericha von dem Bacha, głównodowodzącego siłami. Kiedy po wojnie był przesłuchiwany przed sądem, twierdził, że przybył do Warszawy już po rzezi Woli, w połowie sierpnia, i nie miał żadnego wpływu na to, co się tam działo. Oczywiście nie jest to zgodne z prawdą, bo wiemy, że przybył do Warszawy 5 sierpnia, zresztą był także na Woli. Również Heinz Reinefarth, który dowodził pacyfikacją Woli, tłumaczył się, że przybył do Warszawy kilka dni po rzezi Woli, co również nie było zgodne z prawdą, bowiem dowodził natarciem 5 sierpnia, a 4 sierpnia szykował oddziały niemieckiej odsieczy, które przybyły na zachodnie przedmieścia Woli. W ten sposób główni dowódcy próbowali uniknąć odpowiedzialności, co zresztą się im udało – nikt z nich nie odpowiedział za zbrodnie popełnione w Warszawie. Natomiast jeśli chodzi o zwykłych żołnierzy, to kilka lat temu Muzeum Powstania Warszawskiego udało się porozmawiać z Belgiem Mathiasem Schenkiem, który w czasie powstania miał 18 lat i był saperem. Został on dołączony do grupy Oskara Dirlewangera, a więc tych oddziałów pacyfikujących Wolę i dokonujących największych zbrodni. Ten wywiad, którego fragmenty można odsłuchać na ekspozycji w MPW, to poruszające i wstrząsające świadectwo młodego żołnierza, który był przerażony skalą mordu. Widać, że ta trauma jest przez cały czas w nim obecna. PAP: Czy dysponujemy szacunkowymi liczbami pokazującymi, ile osób mogło zginąć w egzekucjach dokonywanych przez Niemców? Ile z tych ofiar zostało zidentyfikowanych? Katarzyna Utracka: Trudno jest policzyć, ile osób zginęło w czasie egzekucji, a ile podczas bombardowań, a jeszcze ile jako żywe barykady. Najnowsze szacunki podają, że zginęło od 120 do 150 tys. cywilów. Przy tak ogromnej liczbie ofiar, z imienia i nazwiska Muzeum Powstania Warszawskiego udało się zebrać 53 tys. osób. Przed nami jest zatem jeszcze ogromna praca, którą będziemy kontynuować. Zachęcam rodziny osób, które zginęły w powstaniu, aby zgłaszały się do muzeum. Również na muzealnej stronie znajduje się zakładka poświęcona cywilnym ofiarom. PAP: Jak wyglądał proces identyfikacji? Wspomniała pani, że zwłoki, chociażby ofiar rzezi Woli, były palone… Katarzyna Utracka: Fakt, że ciała były palone, właściwie uniemożliwił identyfikację. Ekipy Polskiego Czerwonego Krzyża podczas swojej pracy zebrały na Woli tony prochów, przesiewane przez sita. Zostały one złożone na Cmentarzu Powstańców Warszawy, na kurhanie-mogile (obecnie w tym miejscu stoi pomnik Polegli Niepokonani). Badacze oraz pracownicy MPW bazowali zatem na dokumentach PCK. Po wojnie również rodziny składały karty poszukiwawcze, na których wpisywały dane dotyczących bliskich, którzy zginęli lub zaginęli w czasie powstania. Te dokumenty również analizowaliśmy, korzystaliśmy także z informacji z instytucji kościelnych i archiwów. W innych częściach Warszawy ekshumacje prowadzono już w 1945 r. Jeżeli groby zostały jeszcze w czasie powstania oznaczone krzyżami, a przy ciele ofiary znajdowały się dokumenty, to identyfikacja była stosunkowo łatwa. Trudniej było jednak w przypadku, kiedy ciała znajdywano pod gruzami zbombardowanych domów. Identyfikacje prowadzone po wojnie przebiegały stosunkowo sprawnie, ponieważ wówczas rodziny szukały grobów swoich bliskich. Byli też powstańcy, którzy dbali o to, aby ich polegli koledzy zostali zidentyfikowani i godnie pochowani. Jednak wszystkich ekshumacji nie przeprowadzono tuż po wojnie – tak naprawdę ciągnęły się one przez następne lata, prowadzono je również w latach pięćdziesiątych. W przypadku tych późniejszych ekshumacji skrupulatność była już dużo mniejsza, władzy bowiem nie zależało, aby te osoby identyfikować. Większość z nich została zatem pochowana jako tzw. NN-ki, czyli: „nazwisko nieznane”. Gdy pójdziemy na Cmentarz Powstańców Warszawy, to zobaczymy tam, że w większości są to właśnie osoby „NN”. W Parku Powstańców Warszawy, znajdującym się przy Cmentarzu Powstańców, mają stanąć specjalny pawilon oraz mur pamięci, na którym wyryte zostaną nazwiska poległych i zaginionych cywilów. Od kilku już lat w tym miejscu stoi ekspozycja MPW „Zachowajmy ich w pamięci”. Jest to 96 świetlnych słupów, na których umieszczone są rozszyfrowane nazwiska cywilów. Parafrazując słowa Zbigniewa Herberta, chcemy tych ludzi nazwać, zawołać po imieniu, nazwisku, przywrócić ich tożsamość. Ta pamięć im się należy. PAP: Jakie formy upamiętnienia związane ze zbrodniami niemieckimi w czasie powstania możemy odnaleźć we współczesnej Warszawie? Katarzyna Utracka: Te miejsca były już upamiętniane od 1945 r., kiedy warszawiacy stawiali krzyże, budowali ołtarzyki, umieszczali tabliczki z inskrypcjami. Później władze przeprowadziły konkurs, który wygrał rzeźbiarz Karol Tchorek, a tablice jego projektu pojawiały się na ulicach Warszawy i miejscowościach podwarszawskich. Najwięcej tych tablic znajduje się na Woli. Powstają także współczesne upamiętnienia. To nie jest tak, że już wszystkie te miejsca zostały oznaczone. Kilka lat temu w przestrzeni publicznej zaczęły pojawiać się brzozowe krzyże. Na Woli jest ich kilka, przy ul. Okopowej 59, gdzie dokonano masowej egzekucji i gdzie palono ciała pomordowanych. Kolejnym miejscem jest plac nieopodal dawnego PDT-u, gdzie od 5 do 7 sierpnia mordowano i palono ciała warszawiaków. Kilka dni temu odbyła się uroczystość odsłonięcia tablicy przy ul. Dolnośląskiej 3 na Żoliborzu. Ta tablica upamiętnia siedem kobiet znanych z imienia i nazwiska, mieszkanek Powązek, które Niemcy zamordowali 26 września 1944 r., czyli kilka dni przed końcem powstania. Tych miejsc upamiętnień w całej stolicy jest mnóstwo. Kiedy przejdzie się ich śladami, da to nam obraz tego, co wydarzyło się w Warszawie w sierpniu i we wrześniu 1944 r. Jeden z najbardziej krwawych zbrodniarzy w dziejach. Twórca III Rzeszy, odpowiedzialny za śmierć kilkudziesięciu milionów ludzi. Czy Adolf Hitler mógł przeżyć II wojnę światową? Co na ten temat sądzi Krzysztof Jackowski, słynny jasnowidz z Człuchowa? Pod koniec kwietnia bieżącego roku FBI pokazało dokumenty, z których wynikało, że amerykańskie służby tuż po II wojnie sprawdzały informacje dotyczące Adolfa Hitlera. Wielu świadków zeznało, że zbrodniarz miał przypłynąć do Argentyny łodzią podwodną. Co na ten temat sądzi Krzysztof Jackowski, słynny jasnowidz z Człuchowa? - Logicznie - przecież wielu esesmanów uciekło do Ameryki Południowej. Ci, którzy mieli wątpliwości, uciekli. Nie wierzę w to, że Hitler dał się zabić. Ja uważam, że Hitler uszedł z życiem, jestem co do tego przekonany - powiedział Krzysztof Jackowski w rozmowie z - Uważam, że ten morderca uciekł z rodziną i oko mu nie zadrżało, żeby upozorować zabójstwo jakichś innych ludzi i ich podpalić. W moim odczuciu Hitler przeżył wojnę i przygotował się na ucieczkę - dodał wizjoner z Człuchowa. 5 października 1939 r., w czasie niemieckiej defilady zwycięstwa w Warszawie, polscy saperzy planowali zamach na Hitlera. Gdyby tylko udało się zdetonować 500 kg trotylu, druga wojna światowa potoczyłaby się zupełnie inaczej. Prób zabójstwa wodza III Rzeszy było przynajmniej kilkadziesiąt. Z każdego zamachu wychodził bez szwanku, co pozwalało mu wierzyć, że czuwa nad nim Opatrzność. We wrześniu 1939 r. Hitler wielokrotnie zmieniał miejsce postoju i odbył przynajmniej dziewięć wypraw na front. Po Polsce przemieszczał się zazwyczaj w kawalkadzie pojazdów. Najpierw jechały motocykle i dwa samochody rozpoznania. Dalej konwój führera, składający się z dwóch grup sześciokołowych limuzyn marki Mercedes ze składanymi dachami. W pierwszej grupie jechał Hitler na tylnym siedzeniu; oprócz kierowcy towarzyszyli mu adiutanci i członkowie obstawy. Za nim dwa kolejne samochody z obstawą, samochody eskorty SS i ochroniarzy z RSD (osobista służba bezpieczeństwa Hitlera), samochód adiutantów i samochód łącznikowy. W drugiej grupie Mercedesów mogli jechać inni wysocy rangą naziści, a także zaproszeni goście. Był także wóz rezerwowy, bagażowy, kuchnia polowa i cysterna z benzyną. Na końcu jechała druga grupa motocyklistów, pluton łączności oraz oddział przeciwczołgowy. 28 września Niemcy zmusili Warszawę do kapitulacji. Od 1 października niemieckie oddziały sukcesywnie wkraczały do przygnębionej klęską stolicy. Upojony sukcesem Hitler przygotowywał się do odebrania defilady zwycięskiej 8 Armii gen. Blaskowitza. 5 października Hitler przyleciał do Warszawy. Na lotnisku Okęcie został powitany przez generałów: Brauchitscha, Blaskowitza i Reichenaua, po czym w uzbrojonym konwoju przejechał do Śródmieścia. Jego wizyta miała przebiegać z zachowaniem wszelkich zasad bezpieczeństwa. Centrum miasta zostało szczelnie zamknięte i oczyszczone z ludności cywilnej. Na ulicach zawisły flagi III Rzeszy. Setki policyjnych patroli przemierzały ulice, a na dachach wyższych budynków ustawiono karabiny maszynowe. Do miejsc bezpośrednio przylegających do trasy defilady dopuszczono wyłącznie niemiecki personel wojskowy. Nielicznym niewysiedlonym mieszkańcom pod groźbą śmierci zakazano otwierania okien lub opuszczania mieszkań i domów. Dodatkowo Niemcy zażądali wysokiej rangi zakładników jako zabezpieczenia przed potencjalnym zamachem. Uwięziono 12 członków władz miejskich, w tym byłego prezydenta miasta Stefana Starzyńskiego. Przygotowanie zamachu na tak chronionego człowieka musiało być zadaniem niezwykle trudnym. Jego organizacji podjął się gen. Michał Karaszewicz-Tokarzewski, który w ostatnich dniach września tworzył zaczątki przyszłej organizacji konspiracyjnej – Służby Zwycięstwu Polski. Michał Tokarzewski zapisał we wspomnieniach: „Z kolegą przewidzianym na szefa dywersji omówiłem założenie ładunku pod budynkiem Dyrekcji Kolei i zorganizowanie odpalenia go w momencie przewidywanego tamtędy przejazdu Hitlera po prawdopodobnej defiladzie zwycięstwa”. Tym szefem dywersji miał zostać mjr Franciszek Niepokólczycki ps. Teodor, dowódca kompanii saperów w Cytadeli, który przygotował całą operację, nie uczestniczył jednak w ostatecznym wykonaniu zadania. Zlecił je swoim żołnierzom i oficerom z 60 Batalionu Saperów Armii Modlin. Dokładny przebieg przygotowań znany jest jedynie z powojennej relacji por. Dominika Żelazki, który miał pewien wkład w akcję. W pierwszych dniach września 1939 r. Żelazko walczył w kompanii por. Unterbergera pod Mławą. Por. Żelazko dowodził plutonem. Niefortunnie w ogniu walk wraz z kilkunastoma żołnierzami znalazł się poza oddziałem. Po powrocie do kompanii żołnierze usłyszeli zarzut dezercji z pola walki i groźbę sądu polowego z przewidywaną za to karą śmierci. Por. Żelazko wrócił do Warszawy i czekał na rozwój wypadków. Kilka dni przed kapitulacją stolicy przyprowadzono go do dowódcy batalionu mjr. Niepokólczyckiego, a ten miał się zwrócić do niego słowami: „Daję panu porucznikowi do wyboru: albo sąd, albo zadanie, którego pomyślne wykonanie zmaże z pana wszelkie podejrzenia i wszelkie winy. Proszę wybierać”. Żelazko wybrał zadanie. Później okazało się, że było ono niesłychanie niebezpieczne. 25 września, w tzw. czarny poniedziałek (na Warszawę spadło 560 ton bomb burzących i 72 tony bomb zapalających), gdy nawet na chwilę nie ustawał ostrzał artyleryjski, por. Żelazko z kilkoma żołnierzami pobrał z magazynu przy ul. Burakowskiej w Warszawie ładunek trotylu, który miał przewieźć na róg ul. Książęcej i Rozbrat. Ładunek załadował na wozy taborowe i ruszył ulicami stolicy. Konie musiał prowadzić za uzdę, by się nie spłoszyły. Szedł kilka godzin. Gdy Żelazko wreszcie przekazał ładunek Unterbergerowi, ten ponoć powiedział: „Panie poruczniku, udowodnił pan, że nie jest dezerterem, a jeśli uda nam się to, co zamierzamy, będzie pan bohaterem”. Na tym zakończyła się misja Żelazki i w dalszych przygotowaniach do zamachu nie brał udziału. Pierwszy dowódca Polskiego Państwa Podziemnego gen. Michał Karaszewicz-Tokarzewski wspominał, że podłożono dwa olbrzymie ładunki wybuchowe. Umieszczono je (każdy po 250 kg trotylu) w skrzyniach wraz z „pewną liczbą pocisków artyleryjskich”. Materiał schowany był w sposób niewzbudzający żadnych podejrzeń w rowie przeciwczołgowym, wykopanym w dniach oblężenia Warszawy. Skrzynie przysypano ziemią i prowizorycznie wykonaną nawierzchnią, a następnie przykryto doprowadzoną do normalnego stanu jezdnią. Jeden ładunek umieszczono w pobliżu gmachu Banku Gospodarstwa Krajowego, na zachodnim rogu Nowego Światu i Alei Jerozolimskich; drugi – w gmachu Dyrekcji Kolei na wschodnim rogu (po wojnie zbudowano tam gmach KC PZPR). Obydwa dokładnie na trasie, którą miał przemierzać Adolf Hitler. Generał Karaszewicz-Tokarzewski polecił połączyć ładunki kablem, jego końcówki doprowadzić do piwnicy jednego ze zrujnowanych domów w sąsiedztwie i czekać na dalsze rozkazy. W sąsiadującym z BGK budynku czuwały na zmianę, dzień i noc, dwa posterunki – każdy złożony z saperów i oficera. Zadanie założenia ładunków wykonali dowodzący akcją por. Franciszek Unterberger, kpt. Edward Brudnicki, a być może i por. rez. Czesław Sawicki. Następnego dnia Hitler przejeżdżał w długim korowodzie samochodów uprzątniętymi z gruzu ulicami Warszawy. Podczas przejazdu przez Aleje Ujazdowskie rzesze żołnierzy entuzjastycznie pozdrawiały swego wodza, który stał na przednim siedzeniu Mercedesa. Punkt kulminacyjny obchodów przewidziany był na krótkim odcinku Alei Ujazdowskich, gdzie między Piękną a wylotem ulicy Chopina, wśród willi i eleganckich budynków dawnych ambasad, zbudowano niewysoką trybunę, przybraną swastykami i wielką niemiecką flagą wojenną. Tutaj, przy dźwiękach wojskowej orkiestry, Hitler w otoczeniu generałów patrzył dumnie na maszerujących w szeregach żołnierzy piechoty, kawalerii i artylerii. Po blisko dwóch godzinach, gdy defilada zbliżała się do końca, Hitler wsiadł do swego Mercedesa i całą kawalkadą pojazdów ruszył w kierunku placu Piłsudskiego. Pokonując Aleje Ujazdowskie i Nowy Świat, stał na miejscu pasażera z podniesioną w nazistowskim geście ręką. Tymczasem, kilkadziesiąt metrów dalej, mała grupa polskich żołnierzy czekała przyczajona w ruinach jednego z pobliskich budynków na odpowiedni moment odpalenia zapalników... Niestety, Hitler, witany okrzykami swoich żołnierzy, bezpiecznie opuścił skrzyżowanie i odjechał w stronę Starego Miasta. Jeszcze tego samego dnia wrócił samolotem do Berlina. Dlaczego nie zdetonowano ładunku? Jan Nowak-Jeziorański w książce opisującej historię polskiego podziemia czasów drugiej wojny zapisał: „Tokarzewski tłumaczył mi po wojnie, że nie miał jeszcze wtedy żadnego wywiadu i że defilada zaskoczyła zamachowców. Niepokólczycki nie dostał się tego ranka na miejsce, bo Niemcy zamknęli dostęp do ulic, którymi miał przejechać Hitler. Oficer obecny na miejscu otrzymał wprawdzie rozkaz działania na własną rękę, ale tylko w wypadku, jeśli nie będzie cienia wątpliwości, że widzi przed sobą samego Hitlera. Stawka była za wielka, by można było pozwolić sobie na pomyłkę. Nie wiedząc, kto przyjmował defiladę: Hitler czy Blaskowitz albo Brauchitsch, zawahał się i nie dał znaku do odpalenia detonatora w chwili, gdy korowód aut przemknął mu przed nosem”. Trzej niedoszli wykonawcy – por. Unterberger, kpt. Brudnicki i ppor. Sawicki – mimo że wcześniej złożyli przysięgę konspiracyjną (wstąpienie do Służby Zwycięstwu Polski), po nieudanej akcji z powrotem założyli mundury i zgłosili się do niemieckiej niewoli. Ładunki z trotylem i pociskami zostały rozbrojone kilka dni później i przeniesione w inne miejsce. Niezwykle ciekawie atmosferę 5 października oddają świadkowie tamtych wydarzeń, mieszkańcy Warszawy. Józef Małgorzecki: „W Alejach Ujazdowskich odbywała się defilada wojsk niemieckich. Stamtąd kolumny wrogiej armii skręcały w Aleje Jerozolimskie i Marszałkowską w kierunku Saskiego Ogrodu. Staliśmy z żoną na rogu Świętokrzyskiej pod kolumnami PKO. Nad wejściem do gmachu widniał polski orzeł i jakaś sentencja prezydenta Mościckiego. Warszawiacy stali na chodnikach w milczeniu, a ulicą ciągnął nieprzerwany potok ludzi, maszyn i koni. Żołnierze wygoleni, butni, jechali na samochodach, inni siedzieli na wypasionych koniach ciągnących działa, moździerze, cekaemy. Czołgi ciężkie i lekkie jechały ze zgrzytem gąsienic. Na chodnikach panowała przeraźliwa cisza. (…)”. Teodora Żukowska opisuje zachowanie jej niemieckich sąsiadów, mieszkających wówczas w Warszawie: „Postanowiłam wreszcie wyjść do miasta. Dotychczas prawie nie ruszyłam się z mieszkania, wolałam go pilnować. Na dole przy bramie Niemcy nie wypuścili mnie, nie podając żadnego uzasadnienia. Byłam wściekła. Musiałam zawrócić. Na schodach spotkałam jednego z naszych niemieckich sąsiadów z przeciwka. Zatrzymałam go i zirytowana zapytałam, dlaczego nie pozwalają mi wyjść. Wydawał się jakiś rozgorączkowany. Jego oczy zza okularów błyszczały. »Führer jest dzisiaj w Warszawie – zachłysnął się nieomal. – Odbiera defiladę zwycięstwa niedaleko stąd«. W głosie jego wyczuwało się bezgraniczne uwielbienie, miałam wrażenie, że przy wymawianiu nazwiska Hitlera najchętniej by stanął na baczność”. Podobne spostrzeżenia zapisała w swych pamiętnikach Leni Riefenstahl, reżyserka słynnych nazistowskich filmów „Triumf woli” i „Olimpia”, która przyleciała na warszawską defiladę razem z ekipą filmową: „Stałam przy Allgeierze, tuż obok Hitlera, i widziałam, jak maszerujący żołnierze wpatrywali się w niego jak zahipnotyzowani. Sprawiali wrażenie, że każdy zrobiłby wszystko na jego rozkaz. Gotowi byli za niego umrzeć”. Jedno jest pewne – gdyby warszawski zamach doszedł do skutku, zabijając wodza nazistowskich Niemiec, wojna potoczyłaby się zupełnie inaczej. Korzystałam z: Roger Moorhouse „Polowanie na Hitlera”, 2006 r.; Jan Nowak-Jeziorański „Kurier z Warszawy”, 2002 r.; Teodora Żukowska „Na skraju dwóch światów... Wspomnienia 1939–1953”, 2000 r.; Józef Małgorzecki, zbiór rękopisów, BN; „Zeszyty Historyczne” nr 6/1964 r. Mogło się udać Opinia ppłk. dr. inż. Waldemara Kawki, eksperta w dziedzinie inżynierii wojskowej, adiunkta Akademii Obrony Narodowej Dwa ładunki po 250 kg trotylu to dużo?To bardzo, bardzo dużo. Tym bardziej że były przygotowane do detonacji w samym centrum stolicy. Gdyby udało się je zdetonować, co uległoby zniszczeniu?Przyjmując, że pod wybrukowaną jezdnią zalega grunt piaszczysto-gliniasty, to w zależności od głębokości założenia ładunku, kształtującej się na poziomie od 1 do 3 m, promień leja powybuchowego waha się w granicach od 11,5 do 13,0 m (bez uwzględnienia niszczącego oddziaływania „pewnej liczby pocisków artyleryjskich”). A więc całkowitemu zniszczeniu uległaby cała szerokość Alei Ujazdowskich wraz z centralnie usytuowanym torowiskiem dla tramwajów. Po drugie, wyrwane w wyniku detonacji odłamki z pobliskiej zabudowy (cegły, fragmenty drzwi, okien itd.), lecące z ogromną prędkością, stanowiłyby istotny element zagrożenia dla osób znajdujących się w odsłoniętych pojazdach. Wystąpiłaby gwałtowna zmiana ciśnienia (nadciśnienie i podciśnienie). Na te zmiany szczególnie wrażliwe są wewnętrzne organy człowieka, zwłaszcza te, które zawierają dużą ilość gazów i płynów, mocno ukrwione narządy, wszelkiego rodzaju połączenia międzytkankowe oraz błony bębenkowe. Wystarczyłoby na całą kawalkadę pojazdów?Trudno to jednoznacznie określić, dysponujemy zbyt małą liczbą danych. Ówczesne limuzyny klasy Mercedes były pojazdami kuloodpornymi, a więc odpornymi na broń strzelecką i przeciwpancerną. Ale zamach miał odmienny charakter i stopień opancerzenia limuzyn był niewystarczający. Zamach mógł się więc udać. Większość ludzi sądzi, że to austriacki zbrodniarz jest największym mordercą w dziejach ludzkości. Jak pokazuje ta popularna grafika, nazista musi ustąpić miejsca dwóm innymi krwawym dyktatorom. Adolf Hitler bez wątpienia jest uosobieniem wcielonego zła. Jego złowieszczy wizerunek, który zadomowił się w naszej kulturze, kojarzony jest z zatrważającą liczbą ofiar. Jednak to wcale nie on ma na sumieniu największą liczbę zabitych z jego rozkazu i chorej ideologii. Nazistowskiemu dyktatorowi ustępuje Józef Stalin oraz chiński przywódca - Mao Zedong. Ten pierwszy odpowiedzialny jest za śmierć 23 milionów istnień. Mao natomiast wedle szacunków ma na sumieniu około 78 milionów żyć. Dyktatorzy i ich ofiary Foto: Materiały prasowe Oczywiście liczby te trudno oszacować nawet po latach. Polityka zewnętrza i wewnętrzna dyktatorów miała często długofalowe konsekwencje, a ludzie padający jej ofiarą, umierali z głodu, wycieńczenia przymusową pracą czy fatalnymi warunkami życia.

czy hitler kogoś zabił